Wchodzimy w etap życia naszego dziecka, w którym to parki rozrywki będą stanowić część destynacji naszych wycieczek. Przy okazji odwiedzania Opola, Katowic i Krakowa planowaliśmy więc wybrać się do Energylandii – byliśmy bardzo blisko. Plany pokrzyżowała nam jednak pogoda. W dniu planowanej wizyty miało lać, a to zła opcja na park rozrywki pod gołym niebem.
Ponieważ córka obchodziła właśnie urodziny, park rozrywki musiał być zaliczony. Padło więc na Mandorię – największy park rozrywki pod dachem w Europie. Mieliśmy kawałek z Krakowa, musieliśmy więc wyruszyć wcześnie rano, by dojechać do Rzgowa pod Łódź na otwarcie. Park jest czynny od 10.00 do 18.00 bez względu na pogodę, która nie może tu popsuć zabawy. A przynajmniej narazie, bo w tym roku podobno planowane jest otwarcie nowej strefy, która będzie się znajdować na zewnątrz.

Ile kosztuje ta przyjemność? Tu wiek nie jest istotny. Liczy się wzrost. Dzieci do 85 cm wzrostu wchodzą bezpłatnie, a wszyscy powyżej płacą 159 złotych (online) lub 164 zł (w kasie). Klara była w Mandorii w dniu urodzin i dlatego weszła do parku za złotówkę, a dodatkowo dostała list z życzeniami i przypinkę 😉 Taki urodzinowy bilet przysługuje tylko dzieciom.

Odwiedziliśmy park we wtorek, tuż po otwarciu i pewnie z tego powodu nie towarzyszyły nam tłumy. Przynajmniej na początku. Stosując się do rady danej przez znajomą, która już w Mandorii była – w pierwszej kolejności odwiedzaliśmy największe rollercoastery. Na pierwszy ogień poszedł rollercoaster Carrara – bardzo przyjemna przejażdżka dla całej rodziny (powyżej 90 cm). Następnie popełniłam błąd, bo zgodziłam się na karuzelę łańcuchową Klejnot. No przecież tu nie może być źle – myślałam. Bardzo się myliłam. Kręciliśmy się bardzo szybko i już przy drugiej atrakcji wiedziałam, że mimo mojego pozytywnego nastawienia, to nie będzie łatwy dzień 😉 Błędnik już nie ten co za czasów młodości, zrobiło mi się bardzo niedobrze i musiałam odczekać chwilę przed kolejnymi atrakcjami 😉 A tych jest mnóstwo.

Klara z tatą weszli na obracający się statek Galeon (ja podziękowałam), a później Klara ze mną na karuzelę Latarnia Leonarda – tu było bardzo przyjemnie! Odradzam Le Chariot – koło powozu, które obraca się bardzo wolno. Dla mnie totalna strata czasu. Największą atrakcją jest tu rollercoaster Aquila, który rozpędza się do 70 km/h i trzeba przyznać, że czuć moc! Po pierwszym razie musiałam dojść do siebie, ale Klara ostatecznie namówiła mnie i na drugi przejazd – czego nie robi się dla dziecka i to w dniu urodzin!

Odwiedziliśmy niemal wszystkie atrakcje: Łaźnię (wirujące beczki), rollercoaster Merkant, karuzelę Kilof (oj, tutaj radzę uważać, bo próbują wami rozłupać ziemię – jeździ do przodu i do tytułu, a żołądek wywraca do góry nogami), karuzelę Karawana, tratwę na wodzie, Skarbiec z labiryntem luster, kręcące się beczki (nie róbcie tego – to jak kiedyś słynne filiżanki w wesołych miasteczkach ;)), Atelier Kazmira (to akurat fajny tor przeszkód), Bal Butów (samochodziki), Klara wybawiła się w Ratuszu – królestwie dla dzieci przypominającym salę zabaw. Była też łódka w Rybaku Bartku, zjazdy na zjeżdżalni Barbakan, skoki i wspinaczka w Dolince Daria, przejażdżka Karotką i zabawa na największym drewnianym placu zabaw w Polsce. Z użytku wyłączona była rzeka pod dachem – Chytra Wydra. Może następnym razem 😉

Czy w Mandorii poza biletem trzeba za coś płacić? I tak i nie. Dobra informacja jest taka, że stosunkowo mało atrakcji jest dodatkowo płatnych – np. strzelnica, łódki zdalnie sterowane czy łowienie kaczek. Klara łowiła kaczki i za 20 złotych dostała w nagrodę bardzo fajną pluszową piłkę – opłaciło się. Nie ma więc „lipy”. Na terenie są punkty gastronomiczne serwujące głównie szybkie dania typu burgery, nuggetsy, pizza (płatne). Są paluszki gofrowe (pierwszy raz widziałam coś takiego), ale nie były dla mnie jakieś szałowe. Sprzedają tu lody, slushy, a nawet piwo! I tego piwa totalnie nie rozumiem. Ja musiałam bardzo uważać na to, co jem, żeby później nie zobaczyć tego ponownie na rollercoasterze, ale dzieci widziałam, że jadły absolutnie wszystko i nie było im niedobrze. Nie wiem jak to się robi 😉

Organizacyjnie – bardzo wysoki poziom. Jest czysto, bardzo ładnie, całość przypomina renesansowe miasteczko. Toalety super i jest ich bardzo dużo. Warto ściągnąć sobie aplikację Mandorii w trakcie pobytu – pojawia się w niej czas oczekiwania do konkretnych atrakcji, a kolejki w weekendy czy święta potrafią być podobno długie. Tak długie, że na wyznaczonych trasach do rollercoasterów są napisy typu: ”Jak tu stoisz, to godzinkę postoisz”. Nas te kolejki na szczęście ominęły – maksymalnie staliśmy może 15 minut.

Przy Mandorii znajduje się duży parking – płatny 20 złotych za cały dzień. Do środka warto wejść bez kurtek, żeby później z tym nie biegać. Jest ciepło, a z czasem robi się gorąco od emocji. Oczywiście jest mnóstwo pamiątek, zdjęcia z rollercoasterów do kupienia w wielu punktach. I absolutny zakaz nagrywania czegokolwiek w trakcie jazdy. Przy nas wyrzucili z kolejki jedną dziewczynę, której prawdopodobnie wypadł telefon w trakcie przejazdu.
Podejrzewam, że do Mandorii wrócimy, bo Klarze, lat 8, podobało się bardzo.

