Neapol na weekend, czyli love it or hate it

20 lutego 2026

Włochy bardzo lubię. Za architekturę, klimat, kuchnię, wino, Aperola, nastawienie do życia i całe włoskie dolce vita. Ten rok będzie dla nas nieco włoski – będziemy we Włoszech co najmniej dwa razy, a może zdarzy się i trzeci, choć to się jeszcze okaże. Neapol to dla mnie destynacja zupełnie nowa, ale z opowieści rodziców i męża wiedziałam, czego mniej więcej się spodziewać. Jedno jest pewne – Neapol albo się kocha, albo się go nienawidzi. Jak jest u mnie?

Widok na Neapol z zamku Sant’Elmo

Podejrzewam, że dla większości osób Neapol to kierunek wiosenny, letni, być może wczesnojesienny. My jednak, ze względu na ferie zimowe Klary, postanowiliśmy wybrać się do Neapolu w lutym, a więc poza sezonem turystycznym. Byliśmy we czwórkę – z Klarą i moimi rodzicami, którzy Neapol już znali. Mogli być więc dla nas przewodnikami.

Maradona w Neapolu to świętość.

Pogoda w lutym mogła być kapryśna i taka była. Biorąc pod uwagę, że tegoroczna zima w Polsce jest mroźna i śnieżna, nawet kilka stopni na plusie byłoby dla nas miłą odmianą. Ostatecznie dwa dni dały nam słońce i i ponad 15 stopni na termometrze, a dwa pozostałe – dużo chmur, około 12 stopni i deszcz, choć ten na szczęście nie padał ciągle.

Lecieliśmy z Berlina w sobotę, na miejscu byliśmy po 13.00 i po sprawnym odebraniu bagażu ruszyliśmy na autobus (Alibus), którym za 5 euro za osobę można dojechać na centralny dworzec kolejowy, a następnie do portu w rejonie placu Municipio. Podróż zajmuje około 20 minut (w weekend, w tygodniu trzeba liczyć pewnie nieco dłużej), ale autobus zatrzymuje się tylko w dwóch miejscach, więc podróż przebiega sprawnie. Inną opcją jest taksówka, ale koszt do portu to około 40 euro. 

Dla osób, które nie przepadają za chaosem, już podróż autobusem może być wstępem do wrażeń typowo neapolitańskich. Tu próżno szukać zasad na ulicach (choć na światła na szczęście zwracają uwagę). Budynki przy ulicach nie wyglądają zachęcająco, widać też ludzi na kartonach czy w namiotach i nie oszukujmy się – nie jest to widok ładny. Ale my nie przyjechaliśmy do przypadkowej części Neapolu, nie interesowało mnie więc to, co widzę po drodze.

My przyjechaliśmy do dzielnic hiszpańskich, a więc Quartieri Spagnoli. To tu można się zgubić na wąskich uliczkach, być rozjechanym przez pędzące skutery (jeśli wybierasz się z dzieckiem, przygotuj się, że musisz mieć oczy dosłownie dookoła głowy i trzymać dziecko za rękę cały czas), podziwiać murale (w tym ten najsłynniejszy – przedstawiający traktowanego tam jak boga Maradonę), zachwycić się kapliczkami z Maryjkami na ulicach, wypić Aperola w przypadkowym barze, zjeść pizzę i makaron. A to wszystko w autentycznej neapolitańskiej atmosferze!

Wynajęliśmy mieszkanie właśnie w Quartieri Spagnoli, dosłownie dwie przecznice od najważniejszej ulicy dzielnicy – Toledo. I choć był luty, ulica Toledo tonęła w morzu turystów. Trudno mi sobie wyobrazić, jak sytuacja wygląda tu w szczycie sezonu 😉 Toledo płynie, a ty płyniesz razem z nią. Uważając przy tym na to, by zaglądać do sklepów i na stragany, których jest mnóstwo w bocznych uliczkach. Nie brakuje też panów z prześcieradłami, którzy rozkładają się na ulicy z podrabianymi torebkami czy ubraniami, a gdy na horyzoncie pojawia się policja – w sekundę znikają zabierając swój dobytek. To chyba domena wszystkich turystycznych miast, bo widzieliśmy to wielokrotnie w różnych lokalizacjach.

Sfogliatelle z pistacją

Pierwsze popołudnie minęło nam na chłonięciu klimatu dzielnicy – poszwendaliśmy się po okolicy, zobaczyliśmy Galerię Umberto – robiący wrażenie pasaż handlowy, przeszliśmy się po placu Plebiscito,  by zobaczyć Wezuwiusza wznoszącego się nad miastem, no i oczywiście zjedliśmy neapolitański rarytas – sfogliatelle. To kruche ciasto w kształcie muszli wypełnione kremowym nadzieniem. Klasyczne jest wypełnione ricottą, ale w Neapolu można zamówić takie z Nutellą czy pistacją. I właśnie z pistacją kupiłam. Było przepyszne. Odwiedziliśmy też market, żeby kupić coś na niedzielne śniadanie. W środku mnóstwo mortadeli, szynek prosciutto, a nawet cała lodówka z wyrobami z Nutelli – raj dla mojego dziecka!

O ile zwiedzanie okolicy już zapewnia neapolitański klimat, o tyle wizyta w Trattorii da Nennella to już zupełnie inny poziom doświadczeń. Latem kolejka do lokalu ciągnie się bez końca, a oczekiwanie na wejście potrafi trwać dobre dwie godziny lub lepiej. Liczyliśmy, że zimą będzie nieco lepiej, ale nie pomogły Walentynki. Dzięki tacie udało się jednak wejść w pierwszej turze (tak, tu cały lokal wchodzi turami), a do tego zająć doskonały stolik. A to istotne. Nennella to nie miejsce na rarytasy. Tu liczy się coś zupełnie innego. Karta jest krótka, a jedzenie wydawane jest bardzo szybko. Bo po jedzeniu zaczyna się show kelnerów – wchodzą na stoły i tańczą, śpiewają do największych włoskich hitów. Jak Neapol to oczywiście „Bam Bam”! A z kelnerami śpiewa cały lokal bawiąc się razem z nimi. Zabawa trwa około 20 minut, po czym klienci proszeni są o opłacanie rachunku i opuszczanie lokalu, tak, by do środka mogła wejść kolejna tura gości. Jeśli dasz napiwek – kelnerzy wycałują cię w czoło i zrobią duży raban 🙂 Z całą pewnością jest to doświadczenie jedyne w swoim rodzaju i każdy odwiedzający Neapol powinien się tu wybrać. Nawet jeśli oznacza to długie czekanie w kolejce. WARTO, a ceny w środku są stosunkowo niskie! Po Nennelli był czas na Aperola wśród wąskich uliczek i spotkanie z naszymi sąsiadami, którzy akurat też przylecieli do Włoch. Po długim dniu z przyjemnością szliśmy spać.

Niedziela dała nam dużo słońca i kilkanaście stopni. Najpierw odwiedziliśmy klasztor św. Klary z niesamowitym dziedzińcem porośniętym pomarańczami. Najważniejsze są tu kolumny wykończone klimatycznymi kaflami. W promieniach słońca wyglądały bajecznie.

Klasztor św. Klary

Potarliśmy też po nosie Pulcinellę – jeden z symboli Neapolu (postać z commedia dell’arte).

Pulcinella

Później, w towarzystwie sąsiadów, wjechaliśmy kolejką funicolare w rejon zamku Sant’Elmo. Kolejka wspina się przez kilka minut na szczyt wzgórza. Niemal na szczyt, bo jest jeszcze kawałek do przejścia. Wstęp na zamek jest płatny i kosztuje kilka euro. Musieliśmy odstać chwilę w kolejce, ale widoki z dachu zamku wynagradzają długi spacer! Widok na Neapol, zatokę i Wezuwiusza robią ogromne wrażenie – na pewno godne polecenia!

Wezuwiusz z zamku Sant’Elmo

Po spacerze dopadł nas głód – pojechaliśmy więc kolejką w dół, do dzielnicy hiszpańskiej. Znaleźliśmy pizzerię, w której oferowano pizzę z ananasem za milion euro 🙂

Wszyscy napełnili brzuchy, ale nie na tyle, by odmówić deseru. Były więc cannoli z kremem pistacjowym i kawa w Galerii Umberto. Klara musiała też zrobić zakupy w Miniso, bo w Poznaniu nie ma 🙂 Kolacja z makaronem i małżami w przypadkowej restauracji też dała radę!

Pistacjowe cannoli w Galerii Umberto

Poniedziałek spędziliśmy w większości poza miastem. Kierowca – przewodnik zabrał nas na wybrzeże Amalfi. Pogoda nie była idealna – popadywało, ale momentami przebijało się też słońce. Zaczęliśmy od wizyty w Ravello – miejscowości położonej na sporym wzniesieniu, która słynie z Villi Rufolo.

Najsłynniejszy widok z Villi Rufolo w Ravello

Porobiliśmy zdjęcia i jechaliśmy dalej – tym razem do niewielkiej miejscowości położonej w sąsiedztwie Amalfi. To Atrani, gdzie kręcono „Bez litości 3”, a jak ma się na pokładzie fana tego filmu, to trzeba było miejscowość odwiedzić. I było warto. Niewielki plac Umberto wyglądał dokładnie tak jak w filmie. Były więc zdjęcia przy barach z filmu, a nawet przy sklepie rybnym (kto oglądał, ten wie). Atrani ma też przepiękne łuki nad morzem – oczywiście sfotografowane z każdej strony.

Stąd, pieszo, przedostaliśmy się do Amalfi. Poza sezonem miasteczko jest senne i spokojne. Wiele miejsc jest pozamykanych. Udało nam się jednak zjeść obiad, zrobić zakupy w „luksusowym” sklepie z rarytasami pistacjowymi, cytrynowymi i melonowymi, a przy tym popróbować ich smacznych likierów i ciasteczek. Nie mogło też zabraknąć najsłynniejszych lodów na wybrzeżu – w cytrynie!

Amalfi i lody w cytrynie.

Pod koniec rozpadało się na dobre, ale wsiedliśmy w auto i ruszyliśmy w kierunku Positano. Pogoda nie rozpieszczała, wiec miejscowość zobaczyliśmy z dwóch stron – z góry. Cóż, trzeba tam będzie wrócić, ale nie wyobrażam sobie tłumów latem w tym miejscu. Podobno zaparkowanie graniczy z cudem.

Positano

Wieczorem wróciliśmy do Neapolu i odwiedziliśmy mural Maradony, zjedliśmy pizzę z pistacjami i mortadelą, oczywiście popiliśmy Aperolem. 

Mural Maradony

Wtorek był zdecydowanie najładniejszym dniem. Temperatura dochodziła do 20 stopni, bo… wyjeżdżaliśmy do Polski 😉 Zjedliśmy ostatnie śniadanie, przeszliśmy przez rozświetloną promieniami słonecznymi Galerię Umberto i ruszyliśmy do portu na Alibusa na lotnisko. Podróż minęła sprawnie, na lotnisku kupiliśmy ostatnie ciastka, które zabraliśmy do kraju. I tak zakończyła się ta krótka włoska przygoda.

Galeria Umberto

Neapol na pewno ma w sobie to coś i na pewno do niego wrócimy. To kierunek ciekawy pewnie przede wszystkim dla dorosłych – z małymi dziećmi może być ciężko. Chaos panujący na wąskich uliczkach, które pną się dodatkowo w górę, może być przy małym dziecku bardzo męczący.

Dorośli, którzy lubią poczuć niepowtarzalny klimat, będą zadowoleni. Nie pokochają Neapolu ci, którzy lubią niemiecki porządek 😉 Z całą pewnością się w nim nie odnajdą. Neapol to włoskie „burdello bum bum” pełne wyjątkowego klimatu i mi do gustu przypadł.